Przejdź do treści

Ustawienia dostępności

Rozmiar czcionki
Wysoki kontrast
Animacje
Kolory

Tryb ciemny włączony na podstawie ustawień systemowych.
Przejdź do , żeby zmienić ustawienia.

Godło Polski: orzeł w złotej koronie, ze złotymi szponami i dziobem, zwrócony w prawo Logo Akademii Morskiej: czerwony gryf w złotej koronie, z żółtym dziobem, zwrócony w prawo Akademia Morska w Szczecinie

Unia Europejska

Kiedy próbowałem przełożyć powieść Oswalda Wynda Suddenly, at Singapore coraz bardziej zagłębiałem się w tajemniczą atmosferę Singapuru. To państwo – miasto leżące na wyspie na końcu Półwyspu Malajskiego było swoistą mieszanką ras z przewagą jednak Chińczyków. Okazali się najbardziej przedsiębiorczy i ekspansywni spychając prawowitych mieszkańców tego miasta – Malajczyków - na dalszy plan. Wtedy chodziło o powojenny Singapur. Brytyjczycy trzymali się jeszcze mocno ale już dyskutowano o dominacji Chińczyków. Kiedy znalazłem się tam w latach osiemdziesiątych starałem się odnaleźć tamte realia. Ale było to już całkowicie chińskie miasto, a z tamtych czasów pozostał jedynie angielski jako język urzędowy. I wciąż napływali Chińczycy z Wielkich Czerwonych Chin. Mówili w sumie około osiemnastoma dialektami oprócz – mandarin – wiodącego języka Chin wywodzącego się jakoby od dawnych mandarynów. Nakłaniano więc nowych przybyszów by uczyli się tego jednego języka, żeby wszyscy mogli się porozumieć.

Kiedy próbowałem przełożyć powieść Oswalda Wynda Suddenly, at Singapore  coraz bardziej zagłębiałem się w tajemniczą atmosferę Singapuru. To państwo – miasto leżące na wyspie na końcu Półwyspu Malajskiego było swoistą mieszanką ras z przewagą jednak Chińczyków. Okazali się najbardziej przedsiębiorczy  i ekspansywni spychając prawowitych mieszkańców tego miasta – Malajczyków -  na dalszy plan. Wtedy chodziło o powojenny Singapur. Brytyjczycy trzymali się jeszcze mocno ale już dyskutowano  o dominacji Chińczyków. Kiedy znalazłem się tam w latach osiemdziesiątych  starałem się odnaleźć tamte realia. Ale było to już całkowicie chińskie miasto, a z tamtych czasów pozostał jedynie angielski jako język urzędowy. I wciąż napływali Chińczycy  z Wielkich Czerwonych Chin. Mówili w sumie około osiemnastoma  dialektami oprócz – mandarin – wiodącego języka Chin wywodzącego się jakoby od dawnych mandarynów. Nakłaniano więc nowych przybyszów by uczyli się tego jednego języka, żeby wszyscy mogli się porozumieć.

Czyniono to nawet za pośrednictwem telewizji. Piękna spikerka – Chinka – mówiła po angielsku  (jako że to jest oficjalny język Singapuru): - speak mandarin, less dialect. Mandarin is Chinese! Co  w wolnym przekładzie znaczyło: mów mandarin, nie dialektem. Mandarin to język chiński!

Bardzo uprzejmie rząd Singapuru (z premierem Chińczykiem) wykonał jednak gest w kierunku pozostałych nacji zamieszkują-cych miasto. Na dolarowym banknocie (wartości połowy dolara amerykańskiego) wydrukowano pozdrowienie w języku angiels-kim, malajskim i hindi – jako, że trzecią pod względem liczebności nację w Singapurze stanowią Hindusi! Podobnie  w telewizji obsługiwanej przez anglojęzycznie Chinki na zakończenie programu pojawiała się spikerka Malajka przekazując widzom życzenia spokojnej nocy i – Hinduska!

Wtedy pracowałem na dużym kontenerowcu pod banderą Singapuru „opanowanego” wprawdzie przez zupełnie nie egzotyczne nacje. Oficerami byli Niemcy, a załogę stanowili Polacy. No, może z małymi wyjątkami – ja na przykład byłem trzecim mechanikiem. Ale mieliśmy okazję „zakosztować” mieszaniny ras, jako że skierowano nas na stocznię właśnie do Singapuru. Mianowicie bardzo sympatyczny kapitan – Niemiec  (a raczej sternik na jego polecenie) – na redzie Bombaju  - a statek pływał w trójkącie Dubai – Bombaj – Karaczi -  ominął pławę wejściową nie tą burtą co trzeba i rozpruł – na wraku – lewą burtę statku od gruszki dziobowej do trzeciej ładowni. A było tego coś dwieście metrów!

Statek dopłynął jakoś do Singapuru i wszedł na dok stoczni Jurong Shipyard, gdzie pozostał przez miesiąc.

Stocznia była naprawdę wzorowo zorganizowana. Pracowano bez pośpiechu dotrzymując wszelkich terminów. (Z konieczności opisuję tu prace maszynowe). Poszczególne nacje miały  odrębne zadania. Silnik główny remontowali Chińczycy, transportem (głównie dużych części silnika) zajmowali się Hindusi,  a Malajczycy zatrudnieni byli przy przeglądach turbin. Była jeszcze jedna grupa –  inspektorzy nadzoru – Chińczycy – około piętnaście osób pozostających w ciągłym ruchu w siłowni. Wyposażeni w niezbędne narzędzia, linki do podwieszania się nad interesującymi ich partiami silnika, aparaty fotograficzne  i notatniki stale byli w ruchu i wszędzie ich było pełno. Codziennie też sprzątano siłownię, a dokonywały tego stare chińskie kobiety szwargoczące między sobą bez przerwy. Nie uniknęły kontaktu z załogą maszynową – Polakami i któregoś rana próbowałem zrozumieć o czym mówią, bo brzmiało to jakoś znajomo. Okazało się, ze powtarzają jedna do drugiej – urwa, urwa!

Urwa-urwa! Jak widać pewne słowa mają zasięg miedzynarodowy…

Rano wszyscy pracownicy stoczni pobierali czyste ubrania robocze, a bawełniane robocze rękawiczki bez palców leżały  w siłowni tworząc małe wzgórze uzupełniane codziennie rano.

Pracowaliśmy od ósmej do osiemnastej i po pracy można było wyjść do miasta. Ze stoczni do centrum kursowały dwa autobusy.

Jeden do dużej autobusowej zajezdni, a drugi stamtąd do People’s Park w centrum Singapuru. Jechało się dwie i pół godziny w jedną stronę. People’s Park był rzeczywiście rodzajem parku wciśniętego między wieżowce i centra handlowe mniej więcej na przeciw ówczesnego Chinatown. Wtedy w Singapurze likwidowano już tę tradycyjną chińską dzielnicę zastępując ją nowoczesną zabudową  i pozostały jeszcze trzy ulice z tradycyjnymi chińskimi domami, ze straganami i chińskimi sklepami otwartymi całą noc.

Na przeciw centra handlowe również długo w nocy jeszcze były otwarte i buszowaliśmy tam z zachwytem przeglądając zwłaszcza elektronikę o wiele bardziej zaawansowaną niż w Europie. Co ciekawe – można było się targować, chyba że było to przy danym stoisku zakazane o czym informowała specjalna tabliczka.

Nie trzeba dodawać, że wracaliśmy na statek bardzo późno i rano trzeba było stawić się do pracy by kontynuować przeznaczoną dla nas część remontu siłowni. Przy okazji bowiem łatania wspomnianego uszkodzenia burty postanowiono dokonać zmian w silniku głównym i dokonać napraw do czego zaraz wrócimy.

Tu jeszcze chwilka o Singapurze.

Singa Pura – Miasto Lwa z bogatą historią azjatycką przekształcało się coraz szybciej w nowoczesną metropolię. Kiedyś tam udało nam się wyjść do miasta nawet w dzień, chyba w niedzielę i mogliśmy zobaczyć więcej. Fantastyczne, kilkudziesięciopiętrowe wieżowce często o fantazyjnych kształtach celowały w niebo wokół nas. Cóż – wyspa! Mało miejsca, dużo ludzi. Zachowano wszakże dawne oazy przyrody – jak na przykład Ogród Botaniczny obok którego zbudował swoją rezydencję  w 1951 Paul Harris, przedsiębiorca z mojej, a raczej tłumaczonej przeze mnie książki, czy farmę krokodyli, którą z ciekawości zwiedziłem.  Główna komenda policji znajdowała się – jakżeby nie – przy ulicy nazwanej Bevery Hills!  W mieście uderzał idealny porządek, a spotykani ludzie – w większości Chińczycy – uśmiechali się uprzejmie na nasz widok. Wkrótce zorientowaliśmy się nieco, jak wyglądają źródła tych osiągnięć. Otóż na przystanku zauważyliśmy czerwone transparenty z jakimiś napisami. Głosiły one (w języku angielskim): keep on the smile and say thank you! (uśmiechnij się i powiedz dziękuję). Wszyscy się więc uśmiechali  i mówili dziękuję kiedy tylko sytuacja tego wymagała..

A co sobie myśleli to już ich sprawa. Inny plakat wzywał do zachowania porządku w autobusie – więc porządek był. Jak się okazało rzucenie papierka na nieskazitelnie czyste ulice kosztowało 500 dolarów kary. Dwujezdniowe szerokie ulice  o lewostronnym ruchu często „nurkowały” pod kładkami dla pieszych. – Przejście przez ulicę – wyłącznie po kładce! Inaczej 500 dolarów kary… Pytaliśmy  potem naszych Chińczyków na stoczni, czy policja i nam wlepiłaby taki mandat za drobne zapomnienie? – Oo, nie - odpowiadali z uśmiechem. – Pewnie by wam dali na początek tylko 250…

A narkotyki? -  nie ma problemu! – odpowiadali roześmiani Chińczycy. – Posiadanie narkotyków – kara śmierci!  Z natychmiastowym wykonaniem…

I tak to raj na ziemi – państwo miasto Singapur – czyste, bezpieczne jakby trochę przybladło.. Ale cóż – zachowując się zgodnie z regułami spędzić tam można było czas i przyjemnie i bezpiecznie… 

Tymczasem na statku szykowały się zmiany. W związku  z wypadkiem w Bombaju odwołano kapitana i miał przybyć inny, a także inny chief mechanik. Polacy z załogi szeregowej, którzy odbywali już kolejny kontrakt na tym statku bardzo się tymi nowinami zasmucili. Okazało się, że już z tymi panami pływali  i nawet nie chcieli zbytnio o tym opowiadać. – Sam zobaczysz – mówili. O ile kapitan był dla nas – załogi maszynowej mało dostępny i rzadko widywany, to starszy mechanik wprost przeciwnie. Podczas remontu było jeszcze jako tako. Zdążyliśmy tylko zauważyć podejście tego pana do ludności miejscowej, kolorowej czy jak tam to nazwać. Co ciekawsze – obserwacje te dotyczyły więzów małżeńskich. Tutaj pozwolę sobie na dygresję – otóż w książkach innego angielskiego autora, którego staram się tłumaczyć,  W. Somerseta Maughama, przewijał się wątek tubyl-czych żon. Brytyjczycy pozostający często sami gdzieś na rubieżach Imperium i nie oglądający latami innych białych ludzi wiązali się  z miejscowymi kobietami z czego powstawały różne historie. Tu okazało się, że sprawy mają się podobnie. Chief mechanik Niemiec mieszkał na stałe w Azji i miał żonę pochodzącą z Tajlandii.  Pewnego ranka usłyszeliśmy na pokła-dzie jakieś krzyki. To właśnie nasz chief kopniakami przeganiał swoją żonę po pokładzie wykrzykując niewybredne epitety  w języku angielskim. Ona czołgając się składała ręce u jego stóp,  a on…

Mniejsza z tym. Widząc to jeden z kolegów znający chiefa  z poprzednich kontraktów szepnął: - to jeszcze nic… - A co? – zapytaliśmy. - Uważajcie na tego człowieka – szeptał tajemniczo. Sam kiedyś trzymałem go za gardło… Ma tu na statku dwa pistolety maszynowe Uzzi. Widzieliście w CMK dziury po kulach? Po pijanemu strzelał sobie do szmat.

Robiło się coraz ciekawiej. Zmiany w silniku głównym obejmo-wały wymianę wału rozrządu, tulei cylindrowych oraz turbosprężarek. Miało to przynieść znaczące oszczędności  w zużyciu paliwa. Ale kiedy zgłaszaliśmy inne usterki inspektorom technicznym – również Niemcom – jakby tego nie słyszeli. Otrzymałem ponadto polecenie dokonania pomiarów paliwa przez włożenie do sond paliwowych rur  z przyspawanymi denkami i wlanie do nich odpowiednich ilości paliwa – by zgadzał się wymagany przez techniczną kadrę poziom. Ponieważ było to jawne złodziejstwo odmówiłem i od tej pory zacząłem być „na indeksie”. „Pomiary” te wykonał asystent maszynowy – Austriak mieszkający w Stanach, który zbierał na bilet powrotny, ale kiepsko mu to szło. Po powrocie z miasta mawiał: - She was so beautiful ( była taka piękna)… No i znowu nie miał pieniędzy…

Jedna z dwóch tzw. booster pumps czyli podających paliwo pomp silnika głównego była uszkodzona. Części zapasowe okazały się nie do tego modelu. Pompy nie wyremontowano – popłynęliśmy na jednej… W ogóle pod koniec remontu dało się zauważyć tendencje do cięć finansowych … cóż, towarzystwo chiefosko – inspektorskie bawiło się co wieczór w najdroższych  lokalach Singapuru. Prób morskich po zmontowaniu silnika nie przeprowadzono…

Tuż przed końcem remontu drugi mechanik Niemiec odjechał do szpitala na skręt kiszek. (Mój poprzednik strzaskał sobie nogę upuszczając ciężki zawór). Nowy Drugi był pracownikiem Polskiego Rejestru Statków -  przyjemny kulturalny pan o dużej wiedzy fachowej. Już pierwszego dnia usłyszeliśmy z siłowni ryk starszego mechanika: - Polnische Ingineur kann nicht Oel Separator starten! ( Polski mechanik nie potrafi uruchomić wirówki oleju)

Za chwilę Second wpadł blady do CMK. – Panie, co tu się dzieje – krzyknął do mnie – To jakiś wariat!

A były to bardzo skomplikowane wirówki Mitsubishi, na których niejeden „połamał zęby” łącznie z naszym chiefem.

I tak dalej…

Wreszcie wyszliśmy w morze. Miałem wachtę obejmującą manewry wyjściowe i byłem w Centrali Manewrowo Kontrolnej razem z chiefem. Zapoznawał mnie z manewrami silnikiem i kiedy manewrowałem już samodzielnie zabawiał mnie miłą rozmową.

Kiedy dowiedział się, że jestem myśliwym zmrużył oko  i powiedział – jakby co nie przejmuj się! Mam ja tu w zbiorniku zatopione co nieco, może się przydać… - Do licha, pomyślałem, wieści się sprawdzają..

Na drugi dzień wchodziliśmy do portu i znowu przebywałem  w CMK z chiefem. Nagle w trakcie manewrów wyrwał mi manetkę z krzykiem: - To nie tak! Pociągnął  i rozległ się sygnał alarmu. Światła przygasły. – Co robisz? – ryczał. Zaraz będzie black-out! Na szczęście udało mi się dokończyć manewr zgodnie  z zasadami, które jakby nagle przestały obowiązywać chiefa?!  Do CMK wszedł jeden  z pracujących na dole ludzi. – W porządku? – powiedział. – Chciałem zapytać – zwrócił się do chiefa -  czy moglibyśmy u panów trochę odpocząć? Tam na dole jest prawie 50 stopni. (CMK była klimatyzowana) Bezpodstawny gniew starszego mechanika obrócił się teraz przeciwko załodze maszynowej.  – Du blauer Kerl! – wrzasnął. – Ich zeige Dir sofort Deine fufzig Grad! Raus! Weg! Zum Arbeit! Ty wstrętna mordo! Ja ci zaraz pokażę twoje 50 stopni! Won! Do roboty!

W zapamiętaniu zawsze krzyczał po niemiecku. Ludzi jakby zmiotło. Wariat?

Z drugim mechanikiem często rozmawialiśmy o sytuacji na statku i byliśmy zgodni co do tego, że należałoby się stąd w jakiś sposób „urwać”. Ba, ale jak? Koszt biletu do Europy przekraczał półtora tysiąca dolarów. Na rękę otrzymywaliśmy tylko kieszonkowe. Drugi mówił, że ma w Bombaju znajomego lekarza i obiecał, że będzie próbował coś tam załatwić dla nas obu. To znaczy znaleźć powód dla którego moglibyśmy zerwać kontrakt i legalnie wrócić do domu. Tymczasem, przynajmniej w moim przypadku, sprawy nagle nabrały tempa bez potrzeby załatwiania czegokolwiek.

Płynęliśmy sobie właśnie po Oceanie Indyjskim i panował spokój. Statek płynął z marszową prędkością 18.5 węzła czyli mili morskiej na godzinę i nic nie zapowiadało wydarzeń, które miały nastąpić. Zbliżał się koniec mojej wachty, a pełniłem ją 12-16 i 00-04. W nocy spokojniej było na statku, daymani – pracownicy dzienni odpoczywali. Odpoczywali także dwaj inżynierowie japońscy, autorzy projektu przebudowy silnika głównego, co miało przynieść wspomniane oszczędności. Z (wiadomych) oszczędności jednak nie przeprowadzono prób morskich…

O godzinie trzeciej dwadzieścia zawył alarm ciśnienia oleju silnika głównego. Z przerażeniem obserwowałem wskaźnik ciśnienia oleju – strzałka oscylowała w okolicach 2,5 kg/cm2 i ciągle obniżała się. Zawiadomiłem mostek i starszego mechanika, że będę stopował silnik. Oczywiście od tego ostatniego usłyszałem stek przekleństw i ryków co się właściwie stało. Zachowując  w miarę możliwości wymagane procedury wyłączyłem silnik główny! Na środku oceanu! W maszynowni zaroiło się. Chief pienił się jak zwykle. Wszyscy próbowali znaleźć przyczynę awarii, także japońscy inżynierowie nagle wyrwani ze snu. Cóż, kiedy poszukiwania nie dawały rezultatu. Wtem jeden z motorzystów zajrzał przypadkowo w zęzy  w okolicy pompy olejowej. Pękł rurociąg! Przyczyna nagłego spadku ciśnienia oleju była ustalona. W tej chwili nieistotna była przyczyna uszkodzenia rurociągu. Załoga maszynowa sprawnie naprawiła uszkodzenie i można było uruchomić silnik główny. Następnego dnia byliśmy w porcie. Zostałem wezwany do starszego mechanika.

- Ich habe schlechte Nachrichten fuer Sie! – (mam dla pana niedobre wiadomości) – rozpoczął jak zwykle po niemiecku kiedy sytuacja była poważna. Krótko mówiąc otrzymałem propozycję nie do odrzucenia, by wziąć na siebie awarię systemu olejowego.  – Musi pan zrozumieć – mówił chief – to wydarzyło się na pańskiej wachcie. Nie możemy ustalić przyczyny awarii rurociągu, ale  w związku z wymogami towarzystwa ubezpieczeniowego powinien pan pojechać do domu. Zapewnimy panu pobyt  w najlepszym hotelu i podróż do Europy dogodnym samo-lotem… oczywiście na nasz koszt…

W normalnych okolicznościach  powinienem ostro zaprotestować.

Było oczywiste, że chief i inspektorzy szukają szansy na to, by samemu nie zostać pociągniętymi do odpowiedzialności. Nie miałem żadnego wpływu na awarię rurociągu, prawidłowo   i w porę odstawiłem silnik główny nie dopuszczając do jego zniszczenia. A próby morskie po wyjściu ze stoczni nie zostały przeprowadzone.

Ale chciałem jechać do domu! Wyrwać się z tej nienormalnej atmosfery i okoliczności. Skorzystałem z okazji. Pożegnałem się na dobre z Singapurem… A trzy tygodnie później jechałem na kontrakt do Anglii, gdzie spokojnie przepracowałem dwa lata nie spotykając na swej drodze (na szczęście) żadnego wariata.

st.mechanik Jerzy Turzański

Przeglądarka Internet Explorer nie jest wspierana przez Microsoft

Należy użyć nowszej przeglądarki, aby poprawnie wyświetlić stronę