Przejdź do treści

Ustawienia dostępności

Rozmiar czcionki
Wysoki kontrast
Animacje
Kolory

Tryb ciemny włączony na podstawie ustawień systemowych.
Przejdź do , żeby zmienić ustawienia.

Godło Polski: orzeł w złotej koronie, ze złotymi szponami i dziobem, zwrócony w prawo Logo Akademii Morskiej: czerwony gryf w złotej koronie, z żółtym dziobem, zwrócony w prawo Akademia Morska w Szczecinie

Unia Europejska

Statki spod znaku czerwonego celtyckiego gryfa miały swą bazę w Cardiff. To znaczy, ściślej mówiąc, mieściły się tam biura armatora. Bazy jako takiej właściwie nie było; ale i tak dość często do Cardiff zawijaliśmy. Przy kominie był „ Bar pod czerwonym smokiem” który to smok dumnie z tegoż komina spoglądał. Oczywiście bar czynny bywał tylko czasem i to raczej na Morzu Śródziemnym. Tu, w Cardiff, w tzw. Kanale Bristolskim blisko Walii raczej wiało i lało. Wszystko to skłaniało do odwiedzin innych barów jeżeli tylko był na to czas.


Osobiście odwiedzam bary przeważnie po to, by podpatrzyć obyczaje tubylców. Jest to bowiem miejsce, gdzie pozbywają się oni codziennej sztywności (jeżeli są tacy na co dzień) i czasem… nawet dobrych manier! Na pewno jednak każdy tam jest po prostu sobą. W Anglii, gdzie bar określany jest jako pub tu właśnie można wszystkich po pracy odnaleźć. Nazwa pub, czyli public bar mówi sama za siebie. Tak więc któregoś wietrznego dnia, a raczej wieczoru podczas postoju w Cardiff wybraliśmy się z bosmanem na spacer który to miał wszelkie szanse zakończyć się w barze obojętnie już z jakich pobudek. Staliśmy dość daleko od centrum miasta, ale okazało się, że te przedmieścia blisko portu były już porządnie wysprzątane  i zaczęto zakładać tu coś w rodzaju parku. Na jednej z ulic napotkaliśmy nawet kilka pubów, ale ja chciałem się jeszcze przejść i nie dręczyło mnie, jak chyba bosmana, pragnienie.  I nagle w jakimś zaułku zobaczyłem pub, który wydał mi się oryginalny. Nie pamiętam już jego nazwy, ale z daleka widać było jakieś modele statków, sieci i inne ozdoby którymi otaczał się pub dla podkreślenia widocznie swej odrębności. Na drzwiach wisiała jakaś kartka, ale nie zważając na to wkroczyliśmy do środka. I tu zaskoczenie: wewnątrz było pełno ludzi, a ściany malowniczo przyozdobiono właśnie modelami starych okrętów, wisiały stare lampy, a z sufitu zwieszała się rybacka sieć. Pełno było nie tylko  w pierwszej części pubu, czyli w barze, ale i w części „salonowej” – longue. Przebiłem się przez tłum tam właśnie, ciekawy co tu się właściwie wyrabia i przypomniałem sobie o kartce na drzwiach. Stoły w salonie zastawione były wszelkim dobrem, panował tu lekki półmrok i rzępoliła jakaś szafa grająca. Miejsca przy kontuarze, który jak wiadomo sięga tu aż z baru  wyposażony  w takąż baterię butelek jak tam i, oczywiście, automaty do piwa, były zajęte co do jednego. Ludzi było tyle, że aż się kłębiło, a gwar rozmów skutecznie zagłuszał szafę. Zanim się spostrzegłem dzierżyłem już w dłoni szklankę whisky (double –podwójną) na koszt gospodarzy… Po kilku minutach byłem już „za pan brat”  z kilkoma osobami; wrzeszczeliśmy do siebie ostatnie newsy, ale ciągle jeszcze nie wiedziałem o co chodzi. Bosman zgubił się gdzieś w barze, a ja tymczasem popatrzyłem na salę… Przystając przy każdym stoliku w miarę elegancko urządzonego salonu szła przez tłum piękna młoda dziewczyna w śnieżnobiałej długiej sukni. No, powiedzmy, że piękna, jesteśmy w końcu w Anglii… Stanowiła tu jednak zjawisko. I już za chwilę to zjawisko siedziało u mnie na kolanach przedstawiając po kolei całą swoją rodzinę – wujków, ciotki i kogo tam jeszcze… Z każdym z nich musiałem spełnić „po kusztyczku”, a dziewczyna szeptała mi do ucha, że dzisiaj właśnie są jej urodziny, już dwudzieste drugie!.  I stąd to całe zamieszanie. Coś tam jeszcze szeptała i nie wiem czy dobrze zrozumiałem, ale usłyszałem coś jakby – dziadku… Ach ta angielszczyzna – jest trudna - każdy to przyzna!

Uroczystość rozkręcała się, z głów dymiło już porządnie  i poznałem większość rodziny tej pięknej dziewczyny kiedy podeszło do mnie dwóch młodych ludzi na oko dosyć bojowo nastawionych.

- Hej ty, facet (mate) – odezwali się obcesowo – odczep ty się lepiej od naszej Mary… Gruchnąłem głośnym śmiechem, pochyliłem głowę do światła i pokazałem im swoje siwe włosy… Też się zaśmiali, zmieszani i żeby to jakoś zatuszować postawili następnego drinka. 

Jakoś wreszcie udało mi się wyrwać z miłego towarzystwa, odnaleźć w barze bosmana i wrócić na statek. I nie ma co – Anglia nie Anglia, ale PIĘKNE to  były urodziny…
<p><strong>S</strong>tatki spod  znaku czerwonego celtyckiego gryfa miały swą bazę w Cardiff. To znaczy, ściślej  mówiąc, mieściły się tam biura armatora. Bazy jako takiej właściwie nie było;  ale i tak dość często do Cardiff zawijaliśmy. Przy kominie był &bdquo; Bar pod czerwonym  smokiem&rdquo; który to smok dumnie z tegoż komina spoglądał. Oczywiście bar czynny  bywał tylko czasem i to raczej na Morzu Śródziemnym. Tu, w Cardiff, w tzw.  Kanale Bristolskim blisko Walii raczej wiało i lało. Wszystko to skłaniało do  odwiedzin innych barów jeżeli tylko był na to czas. Osobiście odwiedzam bary  przeważnie po to, by podpatrzyć obyczaje tubylców. Jest to bowiem miejsce,  gdzie pozbywają się oni codziennej sztywności (jeżeli są tacy na co dzień) i  czasem… nawet dobrych manier! Na pewno jednak każdy tam jest po prostu sobą. W  Anglii, gdzie bar określany jest jako pub tu właśnie można wszystkich po pracy  odnaleźć. Nazwa pub, czyli <em>public bar</em> mówi sama za siebie. Tak więc  któregoś wietrznego dnia, a raczej wieczoru podczas postoju w Cardiff wybraliśmy  się z bosmanem na spacer który to miał wszelkie szanse zakończyć się w barze  obojętnie już z jakich pobudek. Staliśmy dość daleko od centrum miasta, ale  okazało się, że te przedmieścia blisko portu były już porządnie wysprzątane  i&nbsp;zaczęto zakładać tu coś w rodzaju  parku. Na jednej z ulic napotkaliśmy nawet kilka pubów, ale ja chciałem się  jeszcze przejść i nie dręczyło mnie, jak chyba bosmana, pragnienie.  I&nbsp;nagle w jakimś zaułku zobaczyłem pub,  który wydał mi się oryginalny. Nie pamiętam już jego nazwy, ale z daleka widać  było jakieś modele statków, sieci i inne ozdoby którymi otaczał się pub dla  podkreślenia widocznie swej odrębności. Na drzwiach wisiała jakaś kartka, ale  nie zważając na to wkroczyliśmy do środka. I tu zaskoczenie: wewnątrz było pełno  ludzi, a ściany malowniczo przyozdobiono właśnie modelami starych okrętów,  wisiały stare lampy, a z sufitu zwieszała się rybacka sieć. Pełno było nie  tylko  w&nbsp;pierwszej części pubu,  czyli w barze, ale i w części &bdquo;salonowej&rdquo; – <em>longue.</em> Przebiłem się przez  tłum tam właśnie, ciekawy co tu się właściwie wyrabia i przypomniałem sobie o  kartce na drzwiach. Stoły w salonie zastawione były wszelkim dobrem, panował tu  lekki półmrok i rzępoliła jakaś szafa grająca. Miejsca przy kontuarze, który  jak wiadomo sięga tu aż z baru   wyposażony  w&nbsp;takąż baterię  butelek jak tam i, oczywiście, automaty do piwa, były zajęte co do jednego.  Ludzi było tyle, że aż się kłębiło, a gwar rozmów skutecznie zagłuszał szafę.  Zanim się spostrzegłem dzierżyłem już w dłoni szklankę whisky (<em>double  –podwójną)</em> na koszt gospodarzy… Po kilku minutach byłem już &bdquo;za pan  brat&rdquo;  z&nbsp;kilkoma osobami;  wrzeszczeliśmy do siebie ostatnie <em>newsy,</em> ale ciągle jeszcze nie  wiedziałem o co chodzi. Bosman zgubił się gdzieś w barze, a ja tymczasem  popatrzyłem na salę… Przystając przy każdym stoliku w miarę elegancko  urządzonego salonu szła przez tłum piękna młoda dziewczyna w śnieżnobiałej  długiej sukni. No, powiedzmy, że piękna, jesteśmy w końcu w Anglii… Stanowiła  tu jednak zjawisko. I już za chwilę to zjawisko siedziało u mnie na kolanach  przedstawiając po kolei całą swoją rodzinę – wujków, ciotki i kogo tam jeszcze…  Z każdym z nich musiałem spełnić &bdquo;po kusztyczku&rdquo;, a dziewczyna szeptała mi do  ucha, że dzisiaj właśnie są jej urodziny, już dwudzieste drugie!.  I&nbsp;stąd to całe zamieszanie. Coś tam  jeszcze szeptała i nie wiem czy dobrze zrozumiałem, ale usłyszałem coś jakby –  dziadku… Ach ta angielszczyzna – jest trudna - każdy to przyzna!<br /><br />
  Uroczystość rozkręcała się, z głów dymiło już  porządnie  i&nbsp;poznałem większość rodziny  tej pięknej dziewczyny kiedy podeszło do mnie dwóch młodych ludzi na oko dosyć  bojowo nastawionych.<br /><br />
  - Hej ty, facet (<em>mate) –</em> odezwali się  obcesowo – odczep ty się lepiej od naszej Mary… Gruchnąłem głośnym śmiechem,  pochyliłem głowę do światła i pokazałem im swoje siwe włosy… Też się zaśmiali,  zmieszani i żeby to jakoś zatuszować postawili następnego drinka. <br /><br />
  Jakoś wreszcie udało mi się wyrwać z miłego  towarzystwa, odnaleźć w barze bosmana i wrócić na statek. I nie ma co – Anglia  nie Anglia, ale PIĘKNE to  były urodziny…
 
autor opowiastek Jerzy Turzański

Przeglądarka Internet Explorer nie jest wspierana przez Microsoft

Należy użyć nowszej przeglądarki, aby poprawnie wyświetlić stronę