Przejdź do treści

Ustawienia dostępności

Rozmiar czcionki
Wysoki kontrast
Animacje
Kolory

Tryb ciemny włączony na podstawie ustawień systemowych.
Przejdź do , żeby zmienić ustawienia.

Godło Polski: orzeł w złotej koronie, ze złotymi szponami i dziobem, zwrócony w prawo Logo Akademii Morskiej: czerwony gryf w złotej koronie, z żółtym dziobem, zwrócony w prawo Akademia Morska w Szczecinie

Unia Europejska

Od samego początku mojej pracy na morzu myślałem o pracy na lądzie. W tych zamierzchłych czasach praca na morzu była bardzo atrakcyjna: zarabiało się więcej niż na lądzie no i przynajmniej teoretycznie można było zwiedzać świat! Naturalnie postoje statku w porcie nie zawsze na to pozwalały, ale jednak. Paryż na przykład zwiedziłem już w roku 1967 u progu morskiej kariery.

Z kraju na zwiedzanie świata bardzo trudno było się wtedy wyrwać; stosunek wartości naszej waluty do przysłowiowego dolara był katastrofalnie niekorzystny,  a formalności – uzyskanie paszportu z milicji, wizy do ewentualnie odwiedzanych krajów bardzo do tego zniechęcały. Była to zresztą jak podejrzewam świadoma polityka naszego państwa. Tak więc marynarz w noc się bawił, a w dzień w hamaku spał (lecząc kaca) jak o tym była przekonana większość mieszkańców naszego kraju. Na statku były też podobno „kajuty”, „kambuzy” i „majtkowie” w charakterze marynarzy.  O hamakach już wspomniałem. Nie było tu jednak słowa o ciężkiej pracy, rozłące z rodziną, długich dniach na rozkołysanym morzu w czterech ścianach ciasnej kabiny… Tak czy inaczej, wtedy marynarz był „kimś”.

To bycie „kimś” od początku mi zbytnio nie imponowało. Owszem, praca podobała mi się, możliwości turystyczno - finansowe zresztą też. Ale miałem świadomość, że nie jest to życie normalnego człowieka. Jak już kiedyś wspomniałem kiedy dzieci pisały w szkole o swoich rodzicach, pewna dziewczynka napisała: - mój tatuś pracuje na statku, a tatuś Joli jest normalnym człowiekiem…

Pomimo tego nie narzekałem. Ale w świadomości kołatała wciąż myśl o podjęciu pracy na lądzie. Zresztą obiecałem to nawet mojej świeżo poślubionej małżonce. Kiedy więc trafiła się okazja, „zdezerterowałem” z morza na długie lata. Tu trzeba wyraźnie powiedzieć: nie była to jakaś wspaniała okazja. Kiedy jesteśmy w morzu, na statku, najzwyczajniej w świecie omijają nas okazje podjęcia dobrej lądowej pracy. Po prostu nie jesteśmy na miejscu, nie znamy uwarunkowań towarzyszących zawieraniu nowych umów o pracę itd. itp. Tak więc kiedy kolega przedstawił mi propozycję pracy w biurze pomyślałem, że kiedyś muszę spróbować. Praca oczywiście, jak to wtedy bywało, nie była najlepiej płatna. Ale za cenę stałego przebywania z rodziną zdecydowałem się ją podjąć. Inna sprawa, jak długo tam wytrzymałem, ale to już inna historia.

For to make long story short, krótko mówiąc wyokrętowałem ze statku, na którym wtedy pływałem i po pewnym czasie zostałem… jego szefem. Jako przedstawicielowi armatora, czyli Szacownej Instytucji, która te statki posiadała podlegały mi trzy statki, włącznie z tym na którym do niedawna pracowałem. Paradoksalnie nie pełniłem na tym statku zbyt wysokiej funkcji. Kapitan, człowiek starej daty i surowych obyczajów rzadko zniżał się do bezpośredniego uściśnięcia mojej dłoni. Miałem już jednak dosyć wysoki dyplom morski oraz skończone studia co  w Szacownej Instytucji liczyło się najbardziej.

Upływały dni na nowym stanowisku, trzeba było zupełnie się przestawić. Ktoś kiedyś powiedział, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i to właśnie starałem się wytłumaczyć moim niedawnym kolegom ze statkowej rzeczywistości. Zwłaszcza kiedy sądzili, że z kim jak z kim, ale ze mną na pewno coś tam załatwią.

Sprawując wspomniane zwierzchnictwo nad statkami miałem oczywiście „na uwadze” przede wszystkim ich bezpieczeństwo. Tak się złożyło, że kapitan, który do niedawna był moim szefem musiał być poproszony do biura między innymi w sprawach bezpieczeństwa właśnie.

Kiedy już wszedł do mojego gabinetu usiadłszy na moje zaproszenie na brzeżku krzesła widać było, że czuje się niepewnie. Jak też potraktuje go ten młokos, który do niedawna znajdował się pod jego wyłączną jurysdykcją, a teraz… Czy będzie opryskliwy? A może władczy? Czy zechce wykorzystać ten (pewnie przemijający) moment swojej przewagi?

Mną również „targały” dość sprzeczne uczucia. W końcu był to mój niedawny szef. A teraz miałem panu kapitanowi coś do zakomunikowania i musiałem wyegzekwować jego zgodę czyli, jakby to powiedzieć działanie zgodnie z przedstawionymi przeze mnie wytycznymi. Tu przypomniałem sobie, jak to Don Corleone załatwiał sprawy ze swoimi klientami lub opozycjonistami. Na pytanie innych, w jaki sposób skłonił tego kogoś do poddania się jego sugestiom odpowiadał po prostu – przedstawiłem mu propozycję nie od odrzucenia… I gave him proposal he can’t refuse… Nie mógł odmówić… Inna sprawa, co też działo się z danym delikwentem, ale to działało!

Nie, w tym moim szczególnym przypadku nie można było zastosować takiej metody. Niemniej jednak należało skłonić pana kapitana do podporządkowania się moim sugestiom  w sposób jak najbardziej kurtuazyjny ale i skuteczny…

Tu przyszedł mi do głowy obraz, że tak powiem, kapitana Hornblowera z Brytyjskie Marynarki Wojennej okresu wojen napoleońskich tak sugestywnie nakreślony przez Cecila Scotta Forestera. Wszystkie ważniejsze przygody czy przedsięwzięcia kapitana, a później admirała Royal Navy zaczynały się od rozkazów Admiralicji. Docierały one do odbiorcy  w zalakowanych kopertach, opieczętowane. Hornblower łamał pieczęcie, wydobywał pisma z koperty i odczytywał rozkazy, które zawsze zaczynały się od: - hereby  you are requested and required… Co w wolnym przekładzie brzmiało – niniejszym prosi się i nakazuje… I to było to!

Współpraca z panem kapitanem ułożyła się wzorowo.

Przeglądarka Internet Explorer nie jest wspierana przez Microsoft

Należy użyć nowszej przeglądarki, aby poprawnie wyświetlić stronę